4 Gru

DOBROSTAN – czyli o tym, że bogaczom czekolada smkauje jakby mniej

(0)

Psychologia często adoptuje pojęcia z innych dziedzin nauki. Pojęcie dobrostanu przyswoiła sobie z zoologii i definiuje go (za Kahneman, z ang. well-being) jako optymalny stan zdrowia i zadowolenia z życia. Jest to stan, w którym zasadniczo każdy z nas spędza prawie całe życie z mniejszymi lub większymi wyjątkami w zależności od sytuacji życiowej. Kiedy jest nam dobrze, przyjmujemy to za stan wyjściowy i specjalnie się tym nie rozkoszujemy – „ot jest jak być powinno”. Walory dobrostanu dostrzegamy głównie wtedy kiedy zostaniemy wtrąceni z równowagi (choroba, wypadek, niepowodzenie, zakończenie długoletniego związku, itp.). Wtedy jak najszybciej chcemy przywrócić ten „naturalny stan” zdając sobie sprawę z jego wartości i pożądanych cech.

 

Gdyby zapytać przeciętnego Polaka co najsilniej determinuje jego dobrostan z pewnością odparłby, że pieniądze – to za nie można mieć lepszą opiekę medyczną, to one gwarantują lepszą edukację, dostęp do rozrywek itp. Tak więc dochód powinien być główną determinantą. Zasadniczo poniekąd jest to prawda, ale jak wykazał Stutzer (2004) wraz ze wzrostem dochodu rosną także aspiracje – czyli mówiąc inaczej – im więcej zarabiamy tym więcej oczekujemy. Jak się okazało, te dwie siły wzajemnie się znoszą. Ale! No właśnie, ale dopiero po przekroczeniu progu optymalnego (dla USA jest to 75 tyś USD rocznie / na gospodarstwo domowe, Kahneman), czyli takiego progu, przy którym przestajemy się „martwić o pieniądze” – wydatki związane z kredytem, z codziennymi kosztami życia, odkładaniem „na czarną godzinę” itp. równoważą się przychodem. Przypuszczam, że w Polsce byłaby to kwota około 70 tyś PLN rocznie / na gospodarstwo domowe – oczywiście należałoby to precyzyjnie policzyć.

 

No dobra, ale co się dzieje z ludźmi kiedy poziom ich dochodów rośnie. W prawdzie w naszej rzeczywistości gospodarczej jest to raczej rozważanie stricte akademickie, aczkolwiek, jak podają statystyki, bardzo dynamicznie rośnie zamożność bardzo niewielkiej grupy ludzi – więc dla tej niewielkiej grupy może to być istotne. Jak już to było zasygnalizowane wraz ze wzrostem dochodów rośnie poziom aspiracji. Zwykłe, 10 letnie auto sprowadzone od dziadka z Niemiec, który okazyjnie jeździł nim do kościoła, nagle staje się nieatrakcyjne. Na horyzoncie pojawia się „auto z salonu” a w sferze realnej 3-letnie auto po-leasingowe po handlowcu, który „prawie nim nie jeździł” i „dbał jak o swoje”. Dotychczasowi przyjaciele „nie pasują” do nowego wzorca – nie są odpowiednio ubrani, nie posiadają stosownego słownictwa, no i co najważniejsze nie posiadają wystarczających zasobów finansowych by współuczestniczyć w nowych rozrywkach. Grill i piwko u szwagra musi ustąpić miejsca sushi. Oglądanie filmów na dvd to nie to samo co w kinowym VIP-roomie. Wczasy u teściów na wsi różnią się znacząco od wypoczynku na Kanarach. I tak dalej. Nowy poziom zarobków wyznacza nowy standard życia, do którego nie pasują elementy, które zbytnio nam przypominają o „starych, biednych czasach”. W ten sposób na bazie jednego tylko czynnika – zasobów finansowych – reorganizujesz całe swoje szczęśliwe życie. Miałeś wszystko tylko brakowało ci pieniędzy – teraz będziesz miał pieniądze ale kosztem wszystkiego co sprawiało ci radość. Czy tak musi być?

 

Oczywiście, że nie. Czynników wpływających na nasz dobrostan jest całe spektrum, które w sposób hierarchiczny ułożył Maslow: potrzeby fizjologiczne, bezpieczeństwa, miłości i przynależności, szacunku i uznania oraz samorealizacji. Zapewnienie potrzeb poziomu niższego otwiera nam drogę do potrzeb poziomu wyższego. W kulturze Zachodu wymaga się od ludzi by „tworzyli plany” – „gdzie chcesz być za 10 lat?”, „jak ma wyglądać twoja kariera?”, „ile będziesz zarabiał za 20 lat?”, i tak dalej. Tworząc takie plany sami ściągamy na siebie ograniczenia. Nasze plany zawsze są „zbyt ambitne” po to by „motywować nas do rozwoju” a przez to nigdy nie jesteśmy w stanie ich zrealizować, a co za tym idzie niepotrzebnie cierpimy na deficyty dobrostanu. Nasz mąż/żona nie są tacy jak w naszych projekcjach z czasów kiedy mieliśmy 19 lat. Poziom naszych aktualnych zarobków/dochodów ma się nijak do naszych planów sprzed ćwierćwiecza. Nasza kariera potoczyła się zupełnie inaczej. Ale czy to wszystko rzeczywiście sprawiło że nie mamy powodu do tego by być szczęśliwym? Czy na pewno będąc jeszcze nie w pełni rozwiniętym człowiekiem możemy tak naprawdę wiedzieć co będzie dla nas najlepsze w perspektywie kilkudziesięciu lat i na tej podstawie planować swoją przyszłość? Owszem musimy wybrać studia, choć – tak na prawdę w cale nie musimy. A jeśli już jakieś wybraliśmy – nie musimy ich skończyć. A jeśli je skończyliśmy nie musimy całe życie robić akurat tego czego nauczyliśmy się na studiach.

 

Co najśmieszniejsze, nawet jeśli nie zrealizowaliśmy żadnego z naszych planów i tak większość czasu spędzamy w dobrostanie. Jest nam przykro tylko w tych momentach kiedy przypominamy sobie o naszych planach i uświadamiamy sobie, że nie udało nam się ich zrealizować. Czym w takim razie jest ten nasz dobrostan i dlaczego jest tak odporny na wszelkie niepowodzenia? Trudno na to pytanie odpowiedzieć jedynie na gruncie nauki – trzeba więc sięgnąć do filozofii. Być może, ten cały dobrostan to jest właśnie takie nasze – „wewnętrzne szczęście” – szczęście, z którym się rodzimy i z którym przemierzamy całe nasze życie – taki wewnętrzny kompas pokazujący nam co jest na prawdę ważne i co na prawdę daje nam szczęście.

 

Mnóstwo ludzi potrafi być szczęśliwym pomimo sytuacji w jakiej się znajduje (za wyjątkiem chronicznego bólu i stale podwyższonego poziomu hałasu). Potrafimy (jako gatunek) szukać powodu do szczęścia we wszystkim co nas otacza i w każdej chwili, która staje się naszym udziałem. Czy warto więc – na siłę, bo to wymaga ogromnego wysiłku – być nieszczęśliwym z nierealnymi celami w zakresie naszej kariery, finansów, sławy?

 

Oczywiście nie mogę tak zamknąć tematu (choć mógłbym, gdyż w zamyśle to wpis filozoficzny) bo Czytelnik gotów pomyśleć, że promuję biedę, bylejakość i brak ambicji. Nic z tych rzeczy! Wręcz odwrotnie. Żeby móc w pełni cieszyć się swoim życiem musimy się rozwijać – tak jesteśmy zaprogramowani. Od małego chcemy więcej wiedzieć, więcej rozumieć, więcej doświadczać. Jesteśmy podobni rekinom, które cały czas muszą być w ruchu by żyć. Dla nas również, bezruch jest synonimem nieszczęścia, z tym że rozumiemy, że możemy być w ruchu nawet jak jesteśmy przykuci do łóżka. Czytając książki, prowadząc ciekawe rozmowy, wymyślając nowe projekty, robiąc rzeczy których nie robiliśmy wczoraj. Wciąż dziwiąc się światem i zadając po dziesięć nowych pytań na każdą odpowiedź jaką otrzymamy. Każdy z nas ma naturalny mechanizm, który pcha nas do nieustającego rozwoju.

 

A Wy? Co dla Was jest wyznacznikiem szczęścia?

Categories: psychologia

Leave us a reply

Comments (0)

to-top