21 Kwi

JAJA – czyli dalszy ciąg walki z „dziadostwem”

(0)

Pisałem kiedyś, o tym że sklepiki, które będą dostarczać prawdziwe produkty spożywcze – drogie, ale dające satysfakcję – kiełbasę z prawdziwego mięsa bez dodatków (polepszaczy, utwardzaczy, barwników, aromatów, wypełniaczy, dodatków białkowych i całej masy innych, zupełnie niepotrzebnych w kiełbasie produktów) – będą mogły skutecznie walczyć z sieciówkami. Pisałem o napojach i innych przykładach jakie przyszły mi do głowy. Dzisiaj piszę w emocjach. Po ciężkim dniu na uczelni, postanowiłem ugotować sobie jajka na miękko. Tych od teściowej, które kupuje od zaprzyjaźnionego gospodarza ze wsi już nie było. Kupiłem więc piękny, zgrabny, plastikowy zestaw 10 jaj w dyskoncie po drodze. Ależ się zachwycałem estetycznym opakowaniem, wesołą etykietką z wesołymi kurkami, oraz idealnie czyściutkimi jajeczkami – jakby wypolerowanymi specjalnie dla mnie. Postawiłem wodę – zagotowałem do wrzenia, umieściłem delikatnie na łyżce do zupy jajeczka we wrzątku, gotowałem je dokładnie 3 minut i 30 sekund, ze stoperem w ręku, według starożytnej rodzinnej receptury. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że białko jest ledwo ścięte i to tylko w części przylegającej do skorupki, a reszta nietknięta!. No nic – pomyślałem – i spróbowałem. Byłem niesamowicie głodny, a jak wiadomo, jak człowiek głodny to mu wszystko lepiej smakuje. Niestety – te „jajka” w ogóle nie smakowały – nie, że miały ohydny smak, czy coś takiego – po prostu nie miały smaku – jakbym sobie ugotował wodę z dodatkiem waty – nic. Przeraziłem się. Jako, że jestem nauczony nie wyrzucać jedzenia – dodałem sporo soli i łyżkę prawdziwego masła, do tego chleb własnej roboty z czarnuszką również posmarowany masełkiem – i dało się „to” zjeść. Przez ostatnie 3 lata jadałem tylko jaja od gospodarza – widać mój organizm się przyzwyczaił – i kiedy zaserwowałem mu wyrób jajopodobny zareagował prawidłowo – czyli nie doimputował mu żadnego smaku. Teraz już wiem, że nie kupię jaj w dyskoncie. Jadałem je rzadko, ale sprawiło mi to kulinarną przyjemność – a teraz? – zastanawiam się jakim cudem „jajka” z dyskontu były jadalne dla mnie wcześniej. Ale cieszę się, że trafiłem na takie „jaja” – bo teraz wiem, że lepiej poczekać dłużej, albo szybciej się wybrać do teściowej, niż jeść coś co sprzedawcy szumnie nazywają jajkiem. I słowo „sprzedawcy” jest tu celowe – bowiem jakość produktów, a „małych sklepikach”, jak już pisałem wcześniej, zazwyczaj jest gorsza niż w „sieciówkach” – z powodu wciąż źle rozumianej wojny cenowej.

A jakie z tego wnioski? Wcześniej czy później, albo sklepiki albo sieciówki postawią na naprawdę najwyższą jakość! Kto będzie pierwszy? TESCO już zaczęło – na razie mogę się wypowiadać tylko o ich selekcjonowanych ziemniakach firmowanych twarzą Pana Makłowicza – są dobre, smaczne, takie jak być powinny! Czy sklepiki odpowiedzą „kontratakiem” – może wprowadzą prawdziwe jajka?

Categories: firma

Leave us a reply

Comments (0)

to-top