krótka myśl o „socjalu”…

… i nie mam tu na myśli social media :). Nie tak dawno spotkałem się z człowiekiem, który pracując w korporacji bardzo sobie ceni tzw socjal – czyli zestaw świadczeń pozapłacowych oferowanych przez korporację pracownikom. Nic w tym nadzwyczajnego, ale uderzyło mnie to w jaki sposób ów człowiek traktował te świadczenia.

Otóż, wyobraźcie sobie, że były one dla niego cennym darem od uwielbianego pracodawcy – korporacji. Darem, na który on – szary człowiek, zwykły pracownik – zwyczajnie nie zasługuje. No bo jak ma zasługiwać, jak przecież w innych (w domyśle złych firmach) nikt socjalu nie daje – a u niego dają i to bardzo hojnie – dbając by każdy pracownik ciepło myślał o korporacji, w której ma zaszczyt pracować. I na prawdę nie przesadzam, relacjonując jego egzaltację. Myślę sobie – WTF? – jako to daje? – pomijam, wszelkie kwestie natury formalno prawnej (jak na przykład to jak i z czego tworzony jest „fundusz socjalny”) – przecież to on pracując w owej korporacji wytwarza dobra, które później korporacja dzieli (i rządzi :)). Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że pracownik wytwarzając dla firmy wartość otrzymuje za to umówione wynagrodzenie. I nie ma też nic dziwnego w tym, że pracodawca, za zorganizowanie firmy i podjęcie ryzyka gospodarczego na własny rachunek – zatrzymuje dla siebie określoną część wartości wypracowanej przez pracujące na jego rzecz podmioty.

Czym więc w takim razie jest socjal? I czym jest postawa, skrajnie odbiegająca od partnerskiego układu – ja robię dla ciebie a ty mi za to płacisz – na rzecz infantylnej radości z otrzymania świecidełek zakupionych z pieniędzy, które de facto są elementem zapłaty za pracę?

Co o tym sądzicie?

„Pracownik nie jest winien swemu pracodawcy służalczości i posłuszeństwa. Jest mu jedynie winien usługę, za którą otrzymuje zapłatę, będącą nie łaską, lecz zasłużonym wynagrodzeniem.”

Ludwig von Mises

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *