1 Paź

PIĘCIOLATKI LATKI DO SZKOŁY – czyli o tym jaki to „dobry” pomysł

(3)

Kiedy napadnie na Ciebie rabuś i ukradnie Ci 500,00 zł – nie można jednoznacznie ocenić tego zajścia jako złe. Owszem, dla Ciebie będzie ono złe, bo utracisz 500,00 zł. Ale równocześnie, z perspektywy rabusia, będzie to całkiem dobre zdarzenie – dzięki niemu wzbogaci się o 500,00 zł. Jak można wyczytać na stronach MEN, w dniu 20.09.2013 Senat przyjął bez poprawek zmianę ustawy o „sześciolatkach”, która to „liberalizuje” kwestie wysłania w 2014 roku do szkół dzieci z rocznika 2008. Te z pierwszej połowy muszą (!!!) pójść, a z drugiej mogą – jeśli ich rodzice będą sobie tego życzyć. Natomiast we wrześniu 2015 do pierwszej klasy szkoły podstawowej będą musiały pójść wszystkie dzieci z rocznika 2009. Wróćmy do korzeni tej idei by zrozumieć, że z „perspektywy rabusia” nie jest to wcale takie złe jak próbują nam to przedstawiać rodzice („ofiary rabusia”). 

Badania przeprowadzone przez CBOS na zlecenie MEN na przełomie kwietnia i maja, na reprezentatywnej próbie rodziców dzieci w wieku 7, 6 i 5 lat (na czas badana) wykazały, że opinia na temat opieki nad dziećmi w szkołach i przedszkolach jest dobra. Konkretnie to w przedszkolach jest lepsza (90,0% wskazań) niż w szkołach podstawowych (70,5 % wskazań). Oceny negatywne to 5,1% dla przedszkoli i aż 14,1% dla szkół podstawowych. Na tej podstawie rząd wyciągnął wniosek, że wysłanie przedszkolaków do szkół wyjdzie wszystkim na dobre. O dziwo, rodzice choć generalnie dobrze oceniali i szkoły podstawowe i przedszkola – takiego „miksu” – delikatnie mówiąc nie przyjęli z entuzjazmem i założyli stowarzyszenie oraz portal internetowy pod nazwą „Ratuj Maluchy”, gdzie przede wszystkim zwracali uwagę na ogromne różnice indywidualne pomiędzy dziećmi na tym etapie rozwoju, gdzie jeden rok to bardzo dużo. Niejako ad vocem MEN uruchomił swój portal pod adresem www.6latki.men.gov.pl, gdzie z kolei głównie stara się wyjaśniać kwestie prawne. Czyli, ze strony MENu możemy się dowiedzieć, że dziecko musi wtedy i wtedy iść do szkoły, że jeśli wymaga „specjalnego traktowania” to mamy terminy zawite na zgłoszenie odpowiednich formularzy. O samym meritum – to jest o dzieciach – jest tu niewiele. Ale dla przykładu dowiadujemy się, że: „Badania pokazują, że dzieci, które wcześniej rozpoczynają edukację szkolną szybciej się rozwijają. Osiągają także lepsze wyniki w czytaniu, pisaniu i liczeniu od swoich rówieśników, którzy pozostali w przedszkolu. O wynikach dzieci stanowi przede wszystkim to, jak długo są objęte edukacją szkolną, a nie data urodzenia.”. No wprost cudownie – im dłużej są objęte edukacją tym lepsze wyniki osiągają – ergo – obowiązek edukacyjny powinien zaczynać się jak najwcześniej i kończyć jak najpóźniej i to bez względu na to kiedy dziecko się urodziło. Mechanizm wydaje się być znajomy – w Galicji krąży historyjka o pewnym karczmarzu, który nie słodził herbaty swoim gościom (choć pobierał opłatę z cukier), tylko w zamian dawał im łyżeczkę do herbaty z poleceniem mieszania. „Mieszać i próbować, mieszać i próbować” – zwykł mawiać karczmarz, a jego klienci zdawali się rozumieć, że im dłużej mieszają tym słodszą piją herbatę. Portal MENu przekonuje nas, że nie ma istotnych różnic między dwojgiem dzieci, z których pierwsze urodziło się w grudniu, a drugie w styczniu kolejnego roku. Owszem, nie ma, to prawda, ale jakoś MEN milczy na temat różnic pomiędzy dzieckiem urodzonym w styczniu a urodzonym w grudniu roku kolejnego – a tu różnica jest już ogromna (blisko 2 lata) – choć w zamyśle Prawodawcy mają wspólnie (od września 2015 obowiązkowo) mierzyć się z materiałem dydaktycznym.

Mógłbym jeszcze długo referować spór pomiędzy „rabusiem” a jego „ofiarą” ale każdy Czytelnik bez problemu odnajdzie „teksty źródłowe” jeśli będzie miał taką potrzebę. Konkludując, chcę tylko zaznaczyć, że jako psycholog jestem niesamowicie zniesmaczony i zdegustowany, tą częścią moich kolegów, którzy swoimi wypowiedziami legitymizują coś co dla każdego obywatela jest zwykłym absurdem! Powoływanie się na „międzynarodowe badania”, i wiele innych pustych sloganów to czysta demagogia! Każdy to widzi i nikogo nie trzeba do tego przekonywać!

Fakt, że dzieci rozwijają się różnie, w swoim tempie, powinien być argumentem za tym, by to rodzice (samodzielnie lub w porozumieniu z apolitycznym psychologiem) decydowali o tym kiedy najlepiej dla dziecka (tak DLA DZIECKA a nie dla gospodarki!!!!!) jest go puścić do szkoły – rozpocząć jego „sformalizowaną edukację”. Bo nieprawdą jest, że dziecko, które nie chodzi do szkoły nie rozwija się i nie uczy! Wręcz przeciwnie! Rozwija się swoim rytmem i we własnym tempie. I najlepsze co możemy dla dziecka zrobić to mu w tym nie przeszkadzać. Mamy obowiązek stwarzać mu możliwość nauki a nie wywierać na niego przymus edukacyjny!

Oczywiście, dla rządu byłoby lepiej by dzieci szły jak najszybciej do szkół. Bo doraźnie rozwiąże się (na jeden rok) problem braku pracy dla nauczycieli, a docelowo będzie się można pochwalić „rozwiązaniem problemu” emerytur – z jednej strony wydłużenie wieku emerytalnego a z drugiej puszczenie na rynek pracy ludzi, którzy będą o rok dłużej płacić składki. No jest to korzyść. Polityczna! Bo przecież każde wielokrotnie powtarzane kłamstwo zostaje uznane za prawdę, a ludzie to „stado baranów”, które łyknie każdą bzdurę jeśli się ją odpowiednio zapakuje. A rodzice? A dzieci? A kogo to obchodzi! Niech siedzą cicho i się cieszą z zielonej wyspy. By żyło się lepiej…

— EDIT: 2014-10-26 —-

a nie mówiłem?! i gdzie teraz są „rządzący”? co mają do powiedzenia?!

kliknij => Sześciolatki cztery lata później

kliknij => Sześciolatki nie radzą sobie na dalszym etapie edukacji

przeczytaj i podaj dalej!

——————————–

 

Categories: polityka

Leave us a reply

Comments (3)

to-top