10 Lis

Pracownik czy przedsiębiorca?

(0)

Dzisiaj tak jakby, trochę bardziej psychologicznie – parafrazując słynnego Mariana z Cyberprzestrzeni. Przygotowując się do kolejnego etapu zmagań z TVHUB przekopałem Internet w poszukiwaniu informacji o przedsiębiorcach. Im więcej znajdywałem tym bardziej odzywała się moja psychologiczna natura. W końcu musiałem sobie zrobić przerwę i usiąść do tego wpisu. Oto dlaczego.

Ludzkie mózgi mają niesamowitą potrzebę kategoryzowania wszystkiego na co tylko natrafią. Przy pierwszym kontakcie z obcą osobą od razu ją szufladkujemy. Okulary, kolor włosów, sposób patrzenia, dobór słownictwa, siła z jaką uścisnęła rękę. Wszystko wydaje się mieć znaczenie – musi mieć znacznie – bo inaczej jakbyśmy mogli sobie kogoś zaszufladkować. A musimy? Wygląda na to, że tak zostaliśmy po prostu skonstruowani i nie ma co z tym walczyć, ale zawsze warto zadawać pytania i zatrzymywać się choćby na chwilę by dać sobie szansę zobaczenia świata z trochę innej perspektywy. A więc co różni pracownika od przedsiębiorcy?

Należałoby odpowiedzieć, że tylko jedna cecha ma istotne znacznie. Tą cechą jest poziom akceptacji ryzyka. W Internecie znajdziecie wiele testów, które ułatwią Wam autodiagnozę, ale zapewne sami dosyć szybko jesteście w stanie przypisać się do jednej z trzech kategorii. Pierwsza to osoby unikające ryzyka – jeśli należysz do tej kategorii raczej nie grasz na automatach hazardowych, nie chodzisz do kasyna, a Twoim jedynym szaleństwem jest raz na czas zakupiony los Lotto. Zanim zaczniesz działać, wszystko dokładnie sprawdzasz, dobrze wiesz, ile zmiennych wpływa na działalność gospodarczą i zdajesz sobie sprawę z tego jak łatwo stracić z trudem zarobione pieniądze. Druga kategoria to osoby o umiarkowanej zdolności do akceptacji ryzyka. Potrafią trafnie oszacować jego poziom, ale poza negatywami dostrzegają także pozytyw. Wiedzą, że każda moneta ma dwie strony i w przeciwieństwie do tych z pierwszej grupy widzą nie tylko 50% ryzyko przegranej ale także 50% szansy na zwycięstwo. Biznesowo chętnie dywersyfikują ryzyko. Angażują się w przedsięwzięcie po dokonaniu stosownych analiz i dokonaniu odpowiedniej asekuracji. Często szukają partnerów do biznesu by z nimi dzielić nie tylko spodziewany zysk z inwestycji, ale także ryzyko niepowodzenia. Kiedy osoby o tym podejściu do ryzyka nabywają już wiedzy i doświadczenia biznesowego bardzo chętnie przyjmują rolę inwestorów (udziałowców). Angażują swój kapitał oraz swoją wiedzę i umiejętności w wiele przedsięwzięć równolegle, zdając sobie sprawę z tego, że statystycznie bezpieczniej jest podzielić przykładowe 100’000 zł na 10 biznesów (po 10’000 zł na każdy), niż zainwestować wszystko w jeden biznes. Natomiast osoby z trzeciej kategorii – wysoki poziom akceptacji ryzyka – lubią stawiać wszystko na jedną kartę. Zupełnie odwrotnie to tych z drugiej kategorii. Łączy ich także coś z pierwszą kategorią – mianowicie to, że nie lubą współpracować z innymi ludźmi. Chcą być sami by cały zysk przypadł w udziale tylko im. Tak bardzo wierzą w swój sukces, że zapominają o rachunku prawdopodobieństwa i przeceniają szanse powodzenia. O ile osoby z pierwszej kategorii są prawie pewne, że im się nie uda, o tyle ci z trzeciej są niemal w 100% pewni, że osiągną sukces.

Ilościowo najwięcej przedsiębiorców jest w tej trzeciej grupie. Kipią entuzjazmem i potrafią wszystkich wkoło przekonać, że im się powiedzie. Są tego tak pewnie, że często kupują na kredyt różne oznaki sukcesu (drogi samochód, gadżety) by pokazać innym, że nie żartują i sobie samym, że mają rację i że musi im się uddać – bo przecież trzeba spłacić kredyt za Mercedesa. Entuzjazm oczywiście pomaga, ale brak chłodnej kalkulacji powoduje, że w 49999 przypadkach na 50000 taka „zabawa” kończy się porażką (dane zaczerpnięte z art. Marcina Szeląga o startupach). Z kolej najwięcej pracowników jest w grupie pierwszej. Skoro nie ma sensu prowadzić biznesu, a z czegoś trzeba żyć to muszę pracować u kogoś.

I w ten oto prosty sposób całe spektrum ludzkich możliwości ulega dychotymizacji. Albo akceptujemy ryzyko i zostajemy przedsiębiorcami, albo go nie akceptujemy i pracujemy u tych co akceptują. Tak to teraz wygląda, ale czy musi tak być?

Czy jest możliwa zgodna współpraca pomiędzy ludźmi o różnym poziomie akceptacji ryzyka? Czy można w jeden organizm na sprawiedliwych zasadach połączyć różne osoby tak by każdy na tym zyskał? Biznesowy establishment od razu odpowie, że nie. Nie i już. Tak się nie da, a wszelkie próby to strata czasu. Rolą pracownika jest pracować a rolą przedsiębiorcy jest podejmować ryzyko. Na pierwszy rzut oka ma to sens, ale nie do końca jest takie sprawiedliwe, bo przecież przedsiębiorca ryzykuje nie tylko swoim kapitałem, ale także losem swoich pracowników. Przedsiębiorca najwyżej straci kapitał, a pracownicy stracą pracę. Czyli obydwie grupy są w tej samej sytuacji z tą różnicą, że tylko przedsiębiorca decyduje co robić. Decyduje za siebie i za swoich pracowników – a to już wcale nie musi być takie korzystne dla wszystkich.

Wysoka akceptacja ryzyka to nie tylko wystrzałowe pomysły i odwaga wkraczania tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł. To także mnóstwo błędów i porażek. Pół biedy jeśli przedsiębiorca się na tych błędach uczy i wyciąga z nich wnioski, gorzej jeśli jest zewnątrzsterowny i przypisuje sprawstwo czynnikom od siebie niezleżnym – najczęściej „nieudolnym pracownikom”, albo „głupim klientom”. Wtedy jest klops bo popełnia wciąż te same błędy. Z jednej strony wciąż jest bankurtem i cały czas żyej na kredytyach i pożyczkach de facto nie wytwarzając żadnej wartości, a z drugiej wciąż mami pracowników, że kiedyś będzie lepiej i wtedy wszyscy będą lepiej zarabiać.

A przecież wystarczy złamać sterotyp, zebrać ludzi o różnym poziomie akceptacji ryzyka i różnych kompetenacjach i na tej podstawie budować firmę. Firmy z jednym właścicielem to firmy „wodzowskie” opierają się na wyczuciu i kompetnecjach jednej osoby. Ich przeciwieństwem są firmy tworzone przez starannie dobrane i zogranizowane zespoły doświadczonych specjalistów. Tych drugich firm jest znacznie mniej przez co statystycznie nie osiągają spektakularnych sukcesów, ale też i nie ponoszą wielkich porażek. Jest więc o nich cicho – nie są medialne. Zespoły łatwiej uczą się na swoich błędach i łatwiej wyciągają z nich wnioski na przyszłość. Są także bardziej przewidywalne i stabilne, a jeśli są notowane na giełdach ich kursy są zazwyczaj słobo wznoszące.

A Wy jaki macie poziom akceptacji ryzyka? Bylibyście gotowi dwyersyfikować ryzyko poprzez współpracę z innymi ludźmi, czy wszystko musicie robić sami? Bardzo jestem tego ciekawy :).

Może wybieracie się na najbliższy Startup Stage? Będzie o Bitcoinach – czyli również o łamaniu stereotypów i to w materii chyba jeszcze wrażliwszej niż osobowość funderów :). Tak czy inaczej zapraszam i mam nadzieję, że uda nam się pogadać „na żywo”.

Categories: firma, psychologia

Leave us a reply

Comments (0)

to-top