SAMOZATRUDNIENIE 2.0 – wprowadzenie

Robert Kyosaki, choć nie każdy zgadza się z jego teoriami, zmienił sposób myślenia wielu ludzi na całym świecie. Jego koncepcja „czterech kwadratów” sprowadza się do tego, że mamy dwie formy zarabiania oparte wyłącznie na własnej pracy (etat i samozatrudnienie) oraz dwie (po prawej stronie kwadratu) oparte na wykorzystywaniu dźwigni (finansowej i czasowej). Przez „dźwignię czasową” rozumie się korzystanie z pracy innych ludzi. Przykładowo jeśli mój pracownik „wyprodukowuje” dla mnie, jako przedsiębiorcy, 50,00 zł z każdej godziny, a mi po odliczeniu wszystkich kosztów (w tym jego wynagrodzenia) zostaje 5,00 zł, to oznacza, że jakbym miał 10 pracowników – to „nie robiąc nic” miałbym na czysto 50,00 zł z samej li tylko ich pracy. A gdybym miał 100 pracowników? To 500,00 zł/h, i tak dalej. Inaczej mówiąc, z obserwacji Kyosaki’ego wynika, że najwięcej pieniędzy i czasu mają ci z nas, którzy potrafią zagonić do pracy swój kapitał (inwestorzy, dźwignia finansowa) oraz innych ludzi (przedsiębiorcy, dźwignia czasowa). W tym momencie zapewne każdy pomyślał o tym by przejść na prawą stronę kwadratu.

 

Ale przecież sprawa nie jest aż taka prosta. Obserwacja Kyosaki’ego to zasadniczo kwintesencja znanego od zarania ludzkości kapitalizmu. Nic odkrywczego, choć rzeczywiście podane w tak jasny i przejrzysty sposób uwypukla najważniejsze zalety najsensowniejszej koncepcji organizacji społeczeństwa. Jednakże każdy, w kim tli się zaraza socjalizmu szybko dostrzeże, że nie jest to system „dla każdego”. Przecież żeby 100 pracowników pracowało na mnie bym ja nic nie musiał robić, to znaczy, że system jest dedykowany dla tego 1% – tych bardziej zaradnych. I bardzo dobrze! Nie jesteśmy tacy sami. Każdy z nas rodzi się z indywidualnym kodem genetycznym, a do tego rozwija się w unikatowym środowisku, nabywając unikalne doświadczenia. Nie ma więc powodu by to wszystko równać do jednego poziomu – „by żyło się lepiej”. To jedna perspektywa, ale jest i kolejna. Nie każdy z nas nadaje się do tego by przejść na prawą stronę kwadratu. Wielu z nas woli pracować od 8:00 do 16:00 i o 16:01 mieć wszystko w nosie. Taka wyprawa na drugą stronę kwadratu byłaby po prostu zabójcza. Tym bardziej, że tam wcale nie jest tak różowo. Podatki, kontrole, legislacje, walka konkurencyjna, sezonowy spadek sprzedaży – i cała masa innych zagrożeń, od których chroni nas przebywanie po lewej stronie kwadratu. Prowadzenie własnego biznesu i zatrudnianie innych ludzi by „na nas pracowali” to nie jest „kaszka z mleczkiem”. Zasadniczo jest to praca 24/7. Bez urlopów. Bez chorobowego. Bez gwarantowanego wynagrodzenia. No tak, więc teraz pewnie każdy by chciał mieć jedno i drugie – czyli stać lewą nogą na lewej części kwadratu, a prawą na prawej. Niestety. Tak też się nie da. Zupełnie tak samo jak nie da się pozostać jedną nogą na peronie, a drugą być w Pendolino mknącym ochoczo do Warszawy. Ale …

 

No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Robert Kyosaki bardzo po macoszemu traktuje dolny kwadrat lewej strony – S – samozatrudnienie. Dlaczego? Bo ten kwadrat poniekąd zahacza o prawy górny – B – biznes. Zahacza, bo samozatrudniony to nie tylko osoba wykonująca jakiś wysoko-specjalistyczny zawód (lekarz, adwokat, architekt, etc.), ale także po prostu osoba prowadząca działalność gospodarczą. Oczywiście, najczęściej prowadzi tą działalność dlatego, że były już pracodawca doszedł do wniosku, że z owych 50,00 zł/h może wycisnąć dla siebie więcej niż 5,00 zł/h i równocześnie pozbyć się części ciężaru związanego z zatrudnianiem i kodeksem pracy. Przykładowo samozatrudniony może pracować nawet 15 godzin na dobę 7 dni w tygodniu jeśli tylko zdoła. Tak więc, w Polsce, samozatrudnienie w swej podstawowej wersji jest de facto traktowane jako „ułomny etat” a nie działalność biznesowa. Ale to, że tak jest, nie oznacza, że tak być musi.

 

Rozmawiając z „młodymi przedsiębiorcami” (stażem, niekoniecznie wiekiem), nabieram przeświadczenia, iż w ogóle nie wykorzystują potencjału jaki stwarza przed nimi nowa sytuacja, do której nomen omen często są po prostu zmuszani. A jaki to potencjał?

Po pierwsze – wynagrodzenie. Znacznie sprytniejsi i bardziej zahartowani biznesowo „byli pracodawcy” oferując „byłemu pracownikowi” przejście na samozatrudnienie – proponują mu taką samą stawkę netto („do ręki”) jaką zarabiał dotychczas plus „coś na ZUS” – zazwyczaj te 400,00 zł „preferencyjnego”. A przecież to tylko wstęp do negocjacji handlowych. Odtąd nie ma już relacji skośnej pracodawca – pracownik tylko relacja równorzędna kontrahent – kontrahent. Jak sobie skalkulować wynagrodzenie, żeby nie stracić – napisałem TUTAJ.

Po drugie – czas pracy. Na samozatrudnieniu nie ma już rozliczania z godzin pracy, nie ma grafiku, nie ma list, kart, ani niczego takiego. Nie może być! – choćby ze względu Kodeks Pracy. Tak więc samozatrudniony sam musi zarządzać własną pracą, a to oznacza, że może ją zaplanować znacznie bardziej efektywnie. Ważne by w kontrakcie dokładnie ustalić co i na kiedy ma być zrobione – a reszta to teraz kwestia samozatrudnionego.

Po trzecie – stanowisko pracy / środki pracy. Samozatrudniony sam musi się o nie zatroszczyć, a to oznacza, że podczas negocjacji – koszt stworzenia dla siebie „warsztatu pracy” może przerzucić na kontrahenta (byłego pracodawcę) – i tak będzie mu się to opłacało!, nie straci, nie zbiednieje. A taki „warsztat pracy” będzie mógł wykorzystać do świadczenie usług innym podmiotom.

Po czwarte – zakaz konkurencyjny. O ile w przypadku pracy obowiązuje, to już w przypadku samozatrudnienia NIE. Nawet więcej, jeśli były pracownik, a teraz kontrahent będzie robił dokładnie to co robił wcześniej i tylko dla tego jednego byłego pracodawcy może to zostać uznane ze „umowę o pracę” – i wtedy nici z korzyści samozatrudnienia dla byłego pracodawcy. Tak więc samozatrudniony może (a nawet powinien) świadczyć usługi dla wielu podmiotów, natomiast kontrakt z byłym pracodawcą może zawierać postanowienia o zakazie konkurencji (w konkretnych obszarach i na konkretnych polach! – nie „w ogóle nie wolno”!) i za dodatkową opłatą. Przykładowo, jeśli samozatrudniony jest elektrykiem, i firma w której był zatrudniony obsługiwała podmioty X, Y i Z to teraz, kiedy obsługuje te same podmioty (X, Y i Z) ale za pośrednictwem firmy byłego pracodawcy – można zapisać w kontrakcie, że dla tych konkretnych podmiotów (X, Y i Z) nie będzie świadczył żadnych samodzielnych usług przez okres trwania kontraktu, za co otrzyma dodatkowe wynagrodzenie. Natomiast bez sensu byłoby zapisywać, że samozatrudniony nie będzie mógł samemu poszukiwać nowych klientów i świadczyć im usług – de facto była by to bowiem nadal „zakamuflowana forma pracy”.

Po piąte – zatrudnianie. Nigdzie nie jest powiedziane, że samozatrudniony nie może zatrudniać, czyli de facto korzystać z „dźwigni czasowej”. Jeśli masz możliwość zatrudnienia kogoś, za kogo jesteś w stanie wziąć odpowiedzialność (jako pracodawca), a suma kosztów jego zatrudnienia (łącznie ze stworzeniem stanowiska pracy) jest niższa od kwoty jaką otrzymujesz od swojego byłego pracodawcy (aktualnie kontrahenta) to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś skorzystał z dźwigni czasowej. Mało tego, możesz podejść do kwestii zatrudnienia znacznie bardziej elastycznie, i skorzystać z umów cywilno-prawnych, albo nawet z innymi „pracownikami” założyć spółkę z o.o. – o takim rozwiązaniu pisałem na przykład TUTAJ.

Po szóste – odpowiedzialność. O ile zarobkując jako pracownik, niespecjalnie musisz martwić się odpowiedzialnością (odpowiadasz do 3-krotności uposażenia) – bo jest to zmartwienie Twojego pracodawcy – o tyle przy samozatrudnieniu ryzyko (i odpowiedzialność) stają się Twoim udziałem (w pełnym zakresie). Oczywiście jest to kolejny argument przy negocjacji wysokości kontraktu. Nie musisz się przecież godzić na to by ściągać odpowiedzialność ze swojego byłego pracodawcy i wkładać ją na swoje barki zupełnie za darmo.

 

Na czym miało by więc polegać owo SAMOZATRUDNIENIE 2.0? Przede wszystkim na świadomości tego, że osoba „wypchana” z etatu na samozatrudnienie wcale nie musi na tym tracić, a równocześnie były pracodawca – nawet jeśli będzie płacił byłemu pracownikowi (a teraz kontrahentowi) znacznie więcej (nawet 3 razy tyle co wcześniej) niż kiedyś płacił „do ręki” i tak na tym zyska. Jeśli więc obydwie strony podejdą do kontraktu uczciwie i z wzajemnym szacunkiem – zyskają.

2 myśli nt. „SAMOZATRUDNIENIE 2.0 – wprowadzenie

  1. W wierszu „Jak sobie skalkulować wynagrodzenie, żeby nie stracić – napisałem TUTAJ” jest podpięty nieprawidłowy link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *